Któż nie zna Iron Butterflay? Zapewne pojawia się las rąk - ja, ja i ja nie znam... Mylicie się. Znacie. Tylko nie wiecie, że to oni.
Bo jeden z ich utworów miał niebagatelne znaczenie na rozwój muzyki rockowej i obecny jest do dzisiaj w popkulturze. Mowa tutaj, oczywiście, o "In-A-Gadda-Da-Vida". Ta 17 minutowa suita zatrzęsła w 1968 roku muzycznym światem. Utwór ten, a i cały album pod tym samym tytułem na stałe wszedł do kanonu muzyki rockowej. Na ówczesne czasy była to tak mocna rzecz, że radiowi DJ, którzy zdecydowali się puścić w całości ten utwór robili w trakcie jego prezentacji przerwy, aby dać odpocząć słuchaczom.
"In-A-Gadda-Da-Vida" do tej pory nagrywany jest w przeróżnych wersjach, przez całkowicie odmiennych wykonawców. Dość powiedzieć, że swoje covery zaprezentowali Boney M, Smashing Pumpkins, Blind Guardian, czy Slayer. Trafił też do wielu ścieżek filmowych, np. "Resident Evil", "Koszmar z ulicy Wiązów".
Szkoda, że zespół trochę zapomniany w Polsce...
Acha, ciekawostka - "In-A-Gadda-Da-Vida" to pierwszy w historii album, który doczekał się platynowej płyty w USA. A to dlatego, że to wtedy zaczęto ją przyznawać i jako pierwszy spełnił ówczesne kryteria :)
czwartek, 29 września 2011
środa, 28 września 2011
Jazz
Na jazzie właściwie się nie znam nic a nic... Oczywiście wielkie gwiazdy tego gatunku są mi nieobce i czasami z wielką przyjemnością słucham tego rodzaju muzyki.
Dokładnie 21 lat temu zmarł Miles Davis. I choćby ktoś zapierał się, że nie wie kto to i nigdy go nie słuchał to nie uwierzę - to jest po prostu niemożliwe. Jego muzykę można usłyszeć właściwie wszędzie i nie da się jej uniknąć. I bardzo dobrze.
Bo to jeden z najważniejszych muzyków XX wieku, a jego twórczość jest niezwykle emocjonalna i inteligentna. Potrafi całkowicie zawładnąć wyobraźnią i sprawić, że nastrój słuchacza zmieni się diametralnie w oka mgnieniu.
Tak jak pisałem - nie znam się na jazzie i nie do końca rozumiem tę muzykę. Jednak Milesa Davisa zawsze będę słuchał z wielką przyjemnością...
Dokładnie 21 lat temu zmarł Miles Davis. I choćby ktoś zapierał się, że nie wie kto to i nigdy go nie słuchał to nie uwierzę - to jest po prostu niemożliwe. Jego muzykę można usłyszeć właściwie wszędzie i nie da się jej uniknąć. I bardzo dobrze.
Bo to jeden z najważniejszych muzyków XX wieku, a jego twórczość jest niezwykle emocjonalna i inteligentna. Potrafi całkowicie zawładnąć wyobraźnią i sprawić, że nastrój słuchacza zmieni się diametralnie w oka mgnieniu.
Tak jak pisałem - nie znam się na jazzie i nie do końca rozumiem tę muzykę. Jednak Milesa Davisa zawsze będę słuchał z wielką przyjemnością...
wtorek, 26 lipca 2011
Jacek Skubikowski...
Niedawno (13 czerwca) minęła 4 rocznica śmierci Jacka Skubikowskiego. Bardzo żałuję, że nie ma go już wśród nas. Ceniłem go niesamowicie jako wykonawcę, kompozytora, autora tekstów. We wszystkich tych dziedzinach był mistrzem. Między innymi dzięki niemu przekonałem się, że na festiwalach w Opolu, czy też innym Sopocie pojawiają się nie tylko twórcy i wykonawcy czysto komercyjni lub też mający aktualnie fory u władzy, ale i ludzie, którzy naprawdę mają coś do przekazania...
Z drugiej strony czasem zastanawiam się, czy dzisiaj Jacek trafiłby do mnie... Nie, nie chodzi o to, że dzisiaj nie podoba mi się tak jak kiedyś. Wręcz przeciwnie - jego płyty to jeden z, w sumie niewielu, przykładów tak dobrze zrealizowanych polskich płyt z tamtych lat, że nic a nic się nie zestarzały. Nadal brzmieniowo bronią się znakomicie. Chodzi mi o to, że teraz pewnie nie kupiłbym tych płyt - bo strasznie dużo jest innej muzyki, która mnie interesuje, o której ciągle się mówi, która obecna jest w mediach. Wiem, że zrobiłbym ogromny błąd, ale tak pewnie by było.
Wówczas ukazywało się stosunkowo mało płyt. Ja, jako zagorzały fan heavy metalu nie miałem za dużo możliwości wydawania kieszonkowego na płyty z tego nurtu. A że lubiłem ogólnie muzykę to w sumie kupowałem prawie wszystko co wychodziło. No i właśnie dzięki temu czarne krążki Jacka Skubikowskiego wylądowały w mojej kolekcji i na zawsze zapadły w moją pamięć...
Z drugiej strony czasem zastanawiam się, czy dzisiaj Jacek trafiłby do mnie... Nie, nie chodzi o to, że dzisiaj nie podoba mi się tak jak kiedyś. Wręcz przeciwnie - jego płyty to jeden z, w sumie niewielu, przykładów tak dobrze zrealizowanych polskich płyt z tamtych lat, że nic a nic się nie zestarzały. Nadal brzmieniowo bronią się znakomicie. Chodzi mi o to, że teraz pewnie nie kupiłbym tych płyt - bo strasznie dużo jest innej muzyki, która mnie interesuje, o której ciągle się mówi, która obecna jest w mediach. Wiem, że zrobiłbym ogromny błąd, ale tak pewnie by było.
Wówczas ukazywało się stosunkowo mało płyt. Ja, jako zagorzały fan heavy metalu nie miałem za dużo możliwości wydawania kieszonkowego na płyty z tego nurtu. A że lubiłem ogólnie muzykę to w sumie kupowałem prawie wszystko co wychodziło. No i właśnie dzięki temu czarne krążki Jacka Skubikowskiego wylądowały w mojej kolekcji i na zawsze zapadły w moją pamięć...
środa, 20 lipca 2011
Kurza stopka...
Gdy pierwszy raz usłyszałem o Chickenfoot zacząłem się zastanawiać czy Sammy Hagar, Michael Anthony, Chad Smith i Joe Satriani będą w stanie się dogadać i razem stworzyć coś ciekawego? Czy te megagwiazdy i weterani rocka potrafią działać w zespole nie starając się za wszelką cenę wybić na pierwszy plan? Szczególnie moje obawy dotyczyły Strianiego. Szanuję jego twórczość, jednak za często na jego albumach czuję obecność tylko i wyłącznie gitarowego mistrzostwa, a brakuje emocji i ducha rocka.
Na szczęście moje obawy okazały się płonne. Panowie doskonale wiedzą, że nie muszą ani światu, ani samym sobie udowadniać ile są warci i że można świetnie bawić się tworząc muzykę bez nadmiernego efekciarstwa i "gwiazdorzenia".
"Chickenfoot" - taki jest tytuł pierwszego wspólnego albumu, to solidna dawka sympatycznego amerykańskiego hard rocka. Wszystko tutaj jest na swoim miejscy, wszystko współgra ze sobą perfekcyjnie. Nie ma tu utworów, które pretendują do miana megaprzeboju, czy też mają aspiracje stania się klasykami. To naprawdę fajna płyta do posłuchania przy prowadzaniu samochodu, malowaniu mieszkania, czy np. myciu okien, w czym właśnie dzisiaj bardzo mi pomogła :)
Na szczęście moje obawy okazały się płonne. Panowie doskonale wiedzą, że nie muszą ani światu, ani samym sobie udowadniać ile są warci i że można świetnie bawić się tworząc muzykę bez nadmiernego efekciarstwa i "gwiazdorzenia".
"Chickenfoot" - taki jest tytuł pierwszego wspólnego albumu, to solidna dawka sympatycznego amerykańskiego hard rocka. Wszystko tutaj jest na swoim miejscy, wszystko współgra ze sobą perfekcyjnie. Nie ma tu utworów, które pretendują do miana megaprzeboju, czy też mają aspiracje stania się klasykami. To naprawdę fajna płyta do posłuchania przy prowadzaniu samochodu, malowaniu mieszkania, czy np. myciu okien, w czym właśnie dzisiaj bardzo mi pomogła :)
czwartek, 23 czerwca 2011
Zetsubou Billy
Od pewnego czasu dość często słucham tego kawałka. Czy dlatego, że tak bardzo mi się podoba? Nie przepadam za nu-metalem. Jakoś nie docierają do mnie emocje, którymi posługują się twórcy muzyki zaliczanej do tego gatunku. Jakoś to wszystko podobne do siebie, wszędzie dokładnie te same pomysły wykorzystywane, zarówno muzycznie, aranżacyjnie, jak i w stylizacji. No nie moja to bajka i tyle.
Więc dlaczego ten kawałek tak często u mnie leci? Bo aktualnie oglądam anime "Death note", a właśnie Maximum the Hormone przygrywa na zakończenie odcinków drugiej części pierwszej serii tego serial :) No i siłą rzeczy wpadł mi w ucho :)
Nawiasem mówiąc serial bardzo dobry - szczerze polecam - również tym osobom, które nie znają anime. To naprawdę poważny film, a nie "kreskówka" dla dzieci...
Więc dlaczego ten kawałek tak często u mnie leci? Bo aktualnie oglądam anime "Death note", a właśnie Maximum the Hormone przygrywa na zakończenie odcinków drugiej części pierwszej serii tego serial :) No i siłą rzeczy wpadł mi w ucho :)
Nawiasem mówiąc serial bardzo dobry - szczerze polecam - również tym osobom, które nie znają anime. To naprawdę poważny film, a nie "kreskówka" dla dzieci...
niedziela, 29 maja 2011
Zanim powstał Danzig...
O Danzig już pisałem...
Ale zanim Glenn założył Danzig miał wcześniej inny, baaaaardzo ważny dla historii rock'n'rolla zespół. Zespół, który był prekursorem horror-punka i dał światu jedną z ikon rocka, czyli Crimson Ghost Skull.
Fanów mają cały czas mnóstwo - oczywiście najwięcej z czasów, gdy liderem był Glen Danzig. Dość powiedzieć, że jednymi z miłośników ich twórczości są ludzie z Metalliki.
O kim mowa? Oczywiście o The Misfits. Również bardzo lubię tę kapelę. Słuchając ich kawałków udziela mi się spora dawka ich energii i działa to na mnie pozytywnie :)
Ale zanim Glenn założył Danzig miał wcześniej inny, baaaaardzo ważny dla historii rock'n'rolla zespół. Zespół, który był prekursorem horror-punka i dał światu jedną z ikon rocka, czyli Crimson Ghost Skull.
Fanów mają cały czas mnóstwo - oczywiście najwięcej z czasów, gdy liderem był Glen Danzig. Dość powiedzieć, że jednymi z miłośników ich twórczości są ludzie z Metalliki.
O kim mowa? Oczywiście o The Misfits. Również bardzo lubię tę kapelę. Słuchając ich kawałków udziela mi się spora dawka ich energii i działa to na mnie pozytywnie :)
sobota, 28 maja 2011
The Cuts, czyli umiejętne połączenie electro i rocka
Dawno nic nie pisałem... Z rożnych powodów, których tutaj nie wymienię :)
Dopiero niedawno miałem okazję posłuchać debiutanckiego krążka pilskiej grupy The Cuts. No i jestem prawie pozytywnie zaskoczony. Prawie, bo muzycznie jest bardziej niż ok. Nie kojarzę innej polskiej grupy, która tak umiejętnie łączy electro z gitarami. Oba rodzaje instrumentów traktowane są na równym poziomie i całość brzmi baaaardzo fajnie. Dostajemy w wyniku całkiem zgrabne połączenie new romantic, synthpopu i gitarowego rocka. Niby to nie moja bajka, bo na co dzień nie słucham tego rodzaju muzyki, ale jednak czas przy "Syrenach nad miastem" minął mi całkiem miło.
Niestety, jedna rzecz nie podoba mi się w ogóle... Mam na myśli teksty. Są po prostu kiepskie :( Może nastolatkom słuchającym Feel przypadną do gustu, ale, jak dla mnie, są niewiele lepsze od tekstów "utworów" disco-polo. Mam nadzieję, że z czasem ten element się poprawi :) A okazja do sprawdzenia jest, bo druga płyta już jakiś czas temu się ukazała...
Dopiero niedawno miałem okazję posłuchać debiutanckiego krążka pilskiej grupy The Cuts. No i jestem prawie pozytywnie zaskoczony. Prawie, bo muzycznie jest bardziej niż ok. Nie kojarzę innej polskiej grupy, która tak umiejętnie łączy electro z gitarami. Oba rodzaje instrumentów traktowane są na równym poziomie i całość brzmi baaaardzo fajnie. Dostajemy w wyniku całkiem zgrabne połączenie new romantic, synthpopu i gitarowego rocka. Niby to nie moja bajka, bo na co dzień nie słucham tego rodzaju muzyki, ale jednak czas przy "Syrenach nad miastem" minął mi całkiem miło.
Niestety, jedna rzecz nie podoba mi się w ogóle... Mam na myśli teksty. Są po prostu kiepskie :( Może nastolatkom słuchającym Feel przypadną do gustu, ale, jak dla mnie, są niewiele lepsze od tekstów "utworów" disco-polo. Mam nadzieję, że z czasem ten element się poprawi :) A okazja do sprawdzenia jest, bo druga płyta już jakiś czas temu się ukazała...
Subskrybuj:
Posty (Atom)